Organizacja społeczna Słowian

Organizacją społeczną Słowian, w czasie pokoju, była demokracja wiecowa. W czasie wojny lub innych wydarzeń wymagających szybkiego reagowania, i związaną z tym niemożnością uprzedniego przedyskutowania każdej decyzji, przechodzono na tryb zarządzania zwany demokracją wojenną.

Podstawową komórką społeczeństwa była rodzina zamieszkującą razem w jednej chałupie. Składała się przynajmniej z pary, małżeństwa oraz ich dzieci. Bywała też bardziej rozbudowana, np. para rodziców lub mąż i jego żony, ich dzieci, które jeszcze nie pozakładały własnych rodzin oraz najstarszy syn z żoną, bądź żonami i dziećmi. Mogli tam jeszcze być dziadek z babcią albo babciami, a także inne osoby wymagające opieki z racji wieku lub kalectwa, wdowy, sieroty. Większość młodych, gdy zakładała rodzinę budowała sobie własną chałupę, w czym pomagało im cale sioło. Z rodzicami, zostawał najstarszy syn albo najmłodsze dziecko. Stare panny, starzy kawalerowie, osoby, którym kalectwo fizyczne bądź umysłowe nie pozwalało na samodzielne życie także pozostawali w rodzicielskim domu. Osierocone dzieci, bezdzietne wdowy, starsi niedołężni ludzie, jeśli mieszkali sami, przeprowadzali się do najbliższych krewnych. Starsi do własnych dzieci, jeśli je mieli, albo któryś wnuk przeprowadzał się do nich.

Obowiązywała bezwzględna zasada pomocy każdemu, kto jej potrzebował. Jeżeli człowiek potrzebujący pomocy nie posiadał bliskich krewnych, zobowiązanych do pomocy, to w siole wyznaczano rodzinę, która ten obowiązek przejmowała. Dlatego starożytni kronikarze z Zachodu zauważają, że wśród Słowian nie ma żebractwa, ani bezdomności, tym bardziej kradzieży. Wśród Słowian nie znano kufrów zamykanych na klucz. Były niepotrzebne. Domy były otwarte i każdy mógł tam wejść, oczywiście szanując domostwo. Słowianie wręcz dziwili się takim zamknięciom, co również zauważają kronikarze zachodni.

Gospodarstwem zarządzał mężczyzna, domem kobieta. Mogli się siebie radzić, jeśli chcieli, jeśli nie, to nie wtrącali się sobie do decyzji. Relacje pomiędzy ojcem a tym synem, czy zięciem, który będzie jego następcą, bywały różne. Na ogół, gdy syn był już gotowy, aby zostać gospodarzem, ojciec przekazywał mu zarząd, a sam tylko doradzał i pomagał. Jeśli nie, to syn pomagał ojcu, a zarząd gospodarstwem przejmował dopiero po jego śmierci. Domem kierowała najlepiej się do tego nadająca kobieta. Zazwyczaj była to matka męża albo najstarsza z żon. Gdy się zestarzała, przekazywała stery młodszej, którą wcześniej sama do tego przyuczyła. Synowe chętnie uczyły się od teściowych (właściwie to świekr1), ponieważ wiedziały, że im więcej się nauczą, tym lepszymi będą w przyszłości gospodyniami. Gospodarz rozdzielał zajęcia dla mężczyzn, pod względem ich umiejętności i możliwości, a gospodyni tak samo dla kobiet.

Najczęściej kilkanaście, czasem mniej, czasem więcej chałup, stanowiło sioło2. Mieszkańcy sioła byli zazwyczaj ze sobą spokrewnieni3 lub spowinowaceni4. Wszystkie decyzje dotyczące całego sioła, mieszkańcy podejmowali na wiecu, na który mógł przyjść każdy dorosły członek osady. Zgromadzenie wybierało sołtysa, który był wykonawcą woli wiecu, oraz doradzającą mu radę starszych. W radzie starszych zasiadali zarówno mężczyźni, jak i kobiety, mogli być też ludzie młodzi, ale częściej byli to ludzie starsi, doświadczeni. Kilka lub kilkanaście nawet siół stanowiło ród. Ród decyzje podejmował również na odpowiednim wiecu, w którego obradach mógł uczestniczyć każdy dorosły członek rodu. Wybierano głowę rodu, osoba ta była wykonawcą woli wiecu, nadzorowała, rozdzielała zadania, tak aby postanowienia zgromadzenia zostały zrealizowane, oraz doradzającą jej radę starszych, starszyznę rodową. Głową rodu mógł zostać tak samo mężczyzna, jak i kobieta. Gdy sprawa dotyczyła jeszcze większego obszaru i jeszcze większej liczby ludzi, mniejszy wiec wybierał swojego reprezentanta, na większy wiec, przekazywał on, jakie decyzje zostały podjęte przez jego ród czy sioło. Jeśli sprawa była jeszcze szersza, to ten wiec, po uchwaleniu postanowień, wybierał i posyłał swojego reprezentanta, na obrady zgromadzenia obejmującego jeszcze większe terytorium. W ten sposób mogły się dogadywać i współpracować wielkie masy ludzi, zajmujące olbrzymie obszary. Każdy wiec, czyli władza ustawodawcza, wybierał swojego wodza, władzę wykonawczą, oraz radę starszych, organ doradczy, rekrutujący się na ogół z ludzi, którzy już kiedyś pełnili funkcje przywódcze. Sądy w sprawach oczywistych, jeśli dotyczyły sioła, sprawował sołtys, jeśli rodu, głowa rodu, itd. W sytuacjach niejednoznacznych, sądy sprawowała rada. Gdy sprawa dotyczyła sioła, rada starszych sioła, gdy rodu, starszyzna rodowa, itd. Kary śmierci były bardzo rzadkie, generalnie najwyższą karą było wygnanie lub chłosta.

Każdy gród miał swojego starostę, a każdy gród warowny, oprócz niego, jeszcze kasztelana. Kasztelan pełnił funkcje militarną i niejako policyjną. Był dowódcą garnizonu wojskowego. Natomiast starosta zajmował się sprawami administracyjnymi, gospodarczymi, np. naprawą murów. Był jakby sołtysem grodu. Dobrze ufortyfikowane i obsadzone załogami wojska warownie, stawiano zwłaszcza przy granicach i szlakach handlowych. Po za tym Słowianie często swoje osady obwarowywali wałami, konstrukcjami ziemno-drewnianymi, zza których, w razie ataku można się było bronić. Większość słowiańskich osad, grodów pełniła wiele funkcji: handlowe, kultowe, oraz w czasie napaści, obronne.

W świętym miejscu, miejscu mocy zakładano gród. Ponieważ w święta gromadzili się tam wierni, to osoby chcące wymienić jakieś towary, przywoziły je tam, w tym czasie. Jeśli osada była obwarowana, to w przypadku zagrożenia szukano tam schronienia. Niektóre grody były tak przygotowane, że mogły pomieścić wielokrotnie większą liczbę ludzi, niż przebywała tam na stałe. Z kolei, zdarzały się osady handlowe, które nabierały takiej rangi, iż, podobnie jak w świętych miejscach, nie wolno w nich było przelewać krwi. W tych miejscach wymieniano i wykupywano jeńców, godzono zwaśnione rody i plemiona, zawierano traktaty pokojowe po klanowych i plemiennych wojnach. Tu, ci, co z najdzikszą rozkoszą pozabijaliby się nawzajem, musieli broń trzymać schowaną, gdyż wierzono, że przelanie krwi ściągnęłoby karę bogów na winowajcę. Co zadziwiające, niektóre z takich miejsc cieszyły się taką estymą, iż przestrzegali tego nawet jeszcze w średniowieczu, do tego chrześcijanie i to niebędący Słowianami. Najbardziej znanym takim świętym grodem handlowym był Rorik.

Na czas wojny wybierano wodzów. Najwyższy rangą dowódca nazywany był kaganem, czyli oświeconym. Tą funkcję przydzielano wybitnym strategom, którzy nie raz, piastując niższe stanowiska, pokazali już swój geniusz przywódczy. Kagan miał do pomocy kaganboka. Zajmował się on zwykle sprawami wiary, był właściwie kapłanem, ale i zastęp kagana pod jego nieobecność. Niższych rangą dowódców nazywano wojewodami (ponieważ wiedli oddziały wojów do boju). Wodzowie w czasie wojny zyskiwali szczególne uprawnienia. Mogli samodzielnie, bez wiecu podejmować decyzje. Mogli je podejmować nawet jednoosobowo, bez swoich doradców, których zawsze im dodawano. Jednak po zakończeniu działań wojennych musieli się oni ze wszystkich swoich decyzji, wytłumaczyć przed wiecem. Jeśli ten uznał że nadużyli swojej władzy, byli za to karani. Gdy wojna kończyła się, wybrani wodzowie stawali się normalnymi ludźmi i wracali do swych domów oraz dawnych zajęć. Nikt nie mógł zostać wodzem na zawsze, a tym bardziej czerpać z tej funkcji jakieś przyszłe zyski. Przysługiwała mu jedynie sława za odniesione dzięki niemu zwycięstwa. Sława i chwała zaś dla Słowian była najważniejsza. Sławę i chwałę nie przynosił jeno bój z wrogiem, ale i trud oraz praca codzienna.

Przypisy:

1Rodzice męża w staropolszczyźnie nazywani byli świekrą i świekrem. Natomiast żony cieścią i cieściem, później przekształciło się to w teściową i teścia.

2Miano sioło pochodzi od słowa koło, albowiem wieś słowiańska była zwykle rozmieszczona na planie koła, zupełnie podobnie jak grody słowiańskie. W rdzeniach miana sołtys jest również rdzeń „sioło” oraz „tyrs”. Są one specjalnie skrócone do prostszej formy „soł oraz „tys”. Rdzeń „soł – sioło” oznacza wieś o kształcie koła, zaś rdzeń „tyrs – tys” jest starosłowiańskim określeniem wodza lub zarządcy.

3Krewni to ludzie, którzy maja wspólnego przodka, lub jeden z nich jest przodkiem dla drugiego.

4Powinowaci to ludzie, którzy mają wspólnego krewnego, krewnych, ale nie są krewnymi dla siebie. Istnieje też, zarówno w polskim obyczaju, jak i prawie, powinowactwo przez małżeństwo, np. szwagierki, szwagrowie, teściowie z zięciem czy synową są spowinowaceni przez małżeństwo.

Reklamy

Cztery warstwy duchowości człowieka

Wiara Słowian jest zarówno monoteistyczna, jak i politeistyczna. Monoteistyczna, ponieważ jest bóg najwyższy, Świętowit, czyli święty stworzyciel, demiurg, który stworzył świat. Politeistyczna, ponieważ Świętowit rozszczepia się na innych bogów, którzy są jego częściami składowymi, emanacjami różnych jego cech i sił przyrody. Przed nim była tylko Nicość, Nica, Nyja, czyli czarna materia i czarna energia. Świętowit był pierwszą formą istnienia, jaka się z niej wyłoniła. To wydarzenie fizyka nazywa wielkim wybuchem, początkiem wszechświata.

Pierwszą formą istnienia, nieistnienia, w ogóle, jest czarna materia, antymateria, nadal stanowi jej większość, gdyż wszechświat składa się przede wszystkim z niej. To, co zmaterializowało się w materii, zawsze najpierw zaistniało w antymaterii, czarnej materii, w nicości, a tylko ułamek antymaterii zmaterializował się. Nicość to bezkresne źródło wszelkiego istnienia. W niej się wszystko rodzi i umiera. To możliwość zaistnienia wszystkiego, co tylko zaistnieć może. Matryca, całość, chaos. Źródło i praprzyczyna wszystkiego. Wszystko, co powstało, powstało z nicości. Każda forma istnienia, powstała z nieistnienia, bo nieistnienie jest możliwością zaistnienia. To jakby negatyw naszej, rzeczywistości ale to raczej my jesteśmy negatywem jej. Nicość jest inspiracją każdego działania, każdej myśli. Cząstkę nicości nosimy w sobie. Podobnie jak światło Świętowita.

Człowiek składa się z czterech ciał, warstw. Jednym z nich jest dusza, świadomość, światło, jaźń. Tu mieści się nasza prawdziwa natura, głębsze dobro. Stąd pochodzi kreatywność, tu rozpoczyna się każdy nasz kreatywny akt. Stąd pochodzi impuls do każdego twórczego działania. Tu mamy w sobie cząstkę nicości i cząstkę boskiego światła. To światło wygląda jak gwiazda, dlatego bywa nazywana gwiazdą rdzenia.

Dusza, świadomość wytwarza intencję, wolę, to jest następne ciało. Ta warstwa to moc, siły życiowe i intencje. Na tym poziomie określamy swoje intencje, głębokie duchowe cele, zadania życiowe, czyli takie, których wypełnienie jest celem tej naszej inkarnacji. Tej, ponieważ to tu, rozpoczyna się to nasze konkretne wcielenie. Dusza, świadomość, gwiazda rdzenia inkarnuje się wiele razy, natomiast następne, pochodne od niej ciała, są przynależne tylko do tego jednego fizycznego wcielenia. Z ciała mocy wypływa motywacja do wypełniania zadań i celów życiowych, dla których pojawiliśmy się na planie ziemskim. W nim znajduje się magazyn wszelkich naszych intencji. Przez nie odczuwamy pragnienie robienia tego, co powinniśmy w życiu robić. Z niego czerpiemy wolę życia. Ono czerpie energię z duszy oraz z ziemi, jeśli na niej żyje w ciele fizycznym (w tym akurat jest wyraźna różnica pomiędzy płciami, kobiety z racji budowy narządów płciowych wydajniej pobierają energię ziemi). Jest takim naszym generatorem mocy. Mistrzowie sztuk walki, swoje ciosy wyprowadzają aż z tego poziomu, dlatego odnoszą tak spektakularne efekty. Ta warstwa jest też odpowiedzialna za kształty ciała astralnego i fizycznego, to ona utrzymuje ich formę.

Intencja płynąca z ciała mocy tworzy energię, z której zbudowane jest kolejne ciało, ciało astralne. Ciało astralne bywa też określane duchem, aurą, polem aurycznym, polem energetycznym, polem bioenergetycznym. Jest to siedlisko naszej osobowości. Mieszczą się w nim nasze doznania fizyczne, emocje, racjonalny umysł, relacje z innymi, wola. Składa się z siedmiu poziomów, warstw, odpowiadających siedmiu poziomom doświadczenia życiowego. Jest to energia otaczająca i przenikająca nasze ciało fizyczne, które z niej powstało na jej obraz i podobieństwo. W aurze już są widoczne poszczególne narządy, a nawet choroby. Ba, nawet te choroby, które się jeszcze nie pojawiły w ciele fizycznym.

Materia to też energia, tylko o bardzo wolno poruszających się i ciasno upakowanych cząsteczkach. Im wolniej się poruszają, wirują, drgają i im ciaśniej są upakowane, tym materia jest twardsza.1 Właśnie tym jest nasze ciało fizyczne. Materią, czyli energią naszych ciał aurycznych, tylko, że o bardzo ciasno upakowanych i bardzo wolno poruszających się cząsteczkach.

Na Jawi, czyli w ciele fizycznym, żyjemy po to, aby się uczyć, rozwijać, a przede wszystkim, zbierać doświadczenia. Nie tylko dla nas samych, ale i dla Bogów. Bogowie nie posiadają ciał fizycznych, dlatego doświadczenia związane z materią, mogą pozyskiwać tylko przez nas i nasze doświadczenia życiowe.

Gdy umieramy, pozostałe, wyższe ciała odłączają się od ciała fizycznego, a ono ulega rozpadowi, ponieważ nie jest mu dostarczana energia. Bywa ze dusza i ciało mocy oddzielają się od ciała astralnego od razu, bywa ze pozostają połączone jeszcze przez dziesiątki lat. Do póki się nie oddzielą, nie mogą pójść do Nawi, gdyż ciało astralne zawsze pozostaje na Ziemi, na Jawi, tylko w innym wymiarze, w innej rzeczywistości. Zarówno samo ciało astralne, jak i połączone z ciałem mocy i duszą, ale oddzielone już od ciała fizycznego, nazywamy duchem.

Tym właśnie są duchy. W dzisiejszym zateizowanym, pozbawionym wiedzy ezoterycznej (duchowej) świecie, wiele takich form istnienia, jeszcze długo po śmierci swojego ciała fizycznego, nie rozumie, że nie żyje. „Przecież po śmierci miało być nic, a ja dalej istnieję, myślę, czuję”. Jeżeli nawet rozumie, że nie żyje, to nie wie gdzie ma pójść. Dokoła jest ciemno. Tę ciemność rozjaśniamy zapalając im znicze. Każdy ogień byle w ich intencji. Liczy się intencja. Można go nawet im zapalać mentalnie, nie zapalając nic fizycznie, tylko sobie wyobrażając, wizualizując zapalanie komuś ognia i jak wokół niego robi się jasno. Zwykle po umarłe dusze przychodzą przewodnicy, rodzina, dziadowie, lecz nie po wszystkich ktoś wychodzi. Nie po wszystkich komuś chce się wyjść, tak jak w życiu, bo nie wszyscy są tego warci. Zmarli często nie wiedzą że należy wezwać przewodnika, chcieć żeby się ktoś pojawił, poprosić o to. Tym przewodnikiem najczęściej jest wcześniej zmarła bliska osoba. Ludzie o bardzo wysokiej świadomości i wiedzy duchowej nawet tego nie potrzebują, wiedzą dokąd powinni się udać. Bywa, że w tzw. podróżach szamańskich, odwiedzają to miejsce świadomie za życia. Nieświadomie odwiedzamy je wszyscy podczas snu. W świecie astralnym przemieszczanie się jest bardzo łatwe, wystarczy o jakimś miejscu pomyśleć i natychmiast przenosimy się do niego, tylko trzeba wiedzieć, gdzie chcę się udać, żeby tam trafić, dlatego tych, co nie wiedzą, ktoś musi tam zaprowadzić.

Duchy przez większość czasu przebywają jakby we śnie, z którego czasem coś je wybudza. Wybudzają je zwłaszcza sprawy jakie były dla nich ważne za życia, zwłaszcza te niedokończone. Szczególnie interesuje ich, jak się dalej potoczyły. Potrzebują tej wiedzy. Mogą ją uzyskać od ludzi, którzy coś o tych sprawach wiedzą. Dlatego rzadko interesują ich dzieci. Wchodzą w kontakt z ciałami astralnymi, duchami, żywych ludzi, aby pozyskać cenne dla nich informacje. Wybudzają ich też intensywne myśli o nich, zwłaszcza te nacechowane emocjami, szczególnie, jeśli płyną ze strony osób, z którymi byli bardzo związani emocjonalnie. Sprawami, jakie ich ciekawią są też, oczywiście, dalsze losy ludzi, którzy byli dla nich ważni za życia.

Gdy ciało mocy razem z duszą, oddzielą się od ducha, ciała astralnego, to razem idą do Nawii, na Welę. Tam są sądzone przez Welesa. Oceniane są przede wszystkim ich intencje w czasie życia. Dwa rodzaje dusz, jeśli nie rokują nadziei na poprawę, są unicestwiane. Są to dusze zwyrodnialców, np. seryjnych morderców ze szczególnym okrucieństwem oraz takich ludzi, którzy konsekwentnie odmawiają wszelkiego rozwoju i gromadzenia doświadczeń. Te dwa rodzaje dusz są rozpraszane w Nicy. W Nicości, która podczas osądu stoi za plecami Welesa. Jeśli ciało mocy, intencji oraz dusza, świadomość zostaną zniszczone, duch, ciało astralne, bez czerpanej od nich energii, szybko blednie i znika. Gdy osąd jest pozytywny, dusza przechodzi do Wyraju, siedziby Jasnych Bogów. Po jakimś czasie pobytu tam, przemyślenia dotychczasowego życia, zaplanowania następnego, ponownie wytworzy nową intencję, a ta stanie się mocą sprawczą dla nowej inkarnacji ludzkiej. W jej efekcie powstanie nowy człowiek, dusza powraca do Jawi, aby na nowo iść ścieżką życia i doświadczeń. Natomiast ciało mocy, intencji, zostaje w Nawi, królestwie Welesa.

Nawia to wręcz bajeczny świat. Są tam rozlegle łąki i trawniki. Roślinność jest soczyście zielona. Istnieją w niej olbrzymie świątynie, m.in. sztuk i nauk, gdzie artyści dalej tworzą, a naukowcy dalej badają. Te perłowe, fosforyzujące budowle, mienią się różnymi pastelowymi kolorami. Również i w tej rzeczywistości bardzo szybko można się przemieszczać. Olbrzymie trawniki, korytarze gigantycznych gmaszysk, przebywamy w oka mgnieniu. To tam jest indiańska Kraina Wiecznych Łowów. W tym świecie dalej się rozwijamy, spędzając wieczność na robieniu tego, co nas interesuje. Z tego wymiaru przynosimy na Jawię wszystkie wynalazki. Ciała intencjonalne naukowców, które tam przebywają, pracują nad technologiami, które pojawią się w przyszłości na Ziemi. Wszyscy to miejsce odwiedzamy we śnie. Na ogół nic nie pamiętając później, abyśmy za dużo wiedzy stamtąd nie przenieśli na ten świat.

Za życia, pomimo, że każde z poszczególnych ciał funkcjonuje w innej rzeczywistości, w innym wymiarze, to do puki jesteśmy w stanie czuwania, są w sobie mocno zakotwiczone, tzn. cześć ciała wyższego, znajduje się w niższym. Najniższe jest fizyczne. Gdy natomiast śpimy, wyższe ciała, niemalże odłączają się od fizycznego, większość ich energii odchodzi, zostaje tylko cienka nic życia, łącząca je ze śpiącym. To, co zostaje, materialnie ciało fizyczne, jest trochę jak zombie. Nie odczuwa emocji, nie myśli, nie ma tego, co nazywamy człowieczeństwem. Posiada jedynie programy, odpowiedzialne za podtrzymywanie podstawowych funkcji życiowych, takich jak oddychanie, działanie serca i innych organów. Taki „autopilot”. Na tym „autopilocie”, także chodzimy, pływamy, mówimy językiem ojczystym lub innym, w którym myślimy, prowadzimy samochód, jeździmy na rowerze, nartach, konno. Oczywiście, jeśli tak dobrze opanowaliśmy te umiejętności, że wykonujemy je mechanicznie. „Autopilot” potrafi upilnować ciało fizyczne przed bytami fizycznymi, gdy się do niego zbliżą lub zaczną coś z nim robić. Alarmuje on wtedy ciała wyższe, aby wróciły. Nazywamy to czujnością. Powrót ciał wyższych do ciała materialnego skutkuje zwykle jego przebudzeniem. Jednak „autopilot” nie potrafi obronić ciała przed atakiem bytów z innych wymiarów, bo nie oddziałuje na tych płaszczyznach. Byty te mogą przerwać nić życia łącząca ciało materialne z ciałami wyższymi, a wtedy ciało umrze. Podobnie jest wtedy, gdy ktoś świadomie „wychodzi z ciała”, aby odbywać podróże szamańskie. Ci, którzy to robią, na ogół zakładają mocne bariery ochronne. Dlatego, paradoksalnie, „wychodzenie z ciała” jest bezpieczniejsze niż zwyczajne spanie, jeśli ktoś umie to robić prawidłowo. Im więcej zbłąkanych duchów gdzieś przebywa, tym spanie tam jest mniej bezpieczne. Takimi miejscami są np. szpitale. Zwłaszcza dla osłabionych chorobą.

Ciała astralne, mają bardzo ograniczoną zdolność do oddziaływania na materię, wymaga to od nich wiele wysiłku i energii, której nie posiadają zbyt wiele do działania w świecie materialnym. Nie mogą też na planie fizycznym czynić zła, natomiast na poziomie astralnym już mogą. Dlatego dobre duchy starają się chronić swoich bliskich, a nawet zupełnie obcych ludzi. Ochraniają ich w astralu przed duchami złymi albo po prostu niekontrolującymi swojej energii. Dobre duchy przebywają m.in. w szpitalach pilnując chorych. Czasem przysyłają silniejsze od siebie duchy znajomych, aby przeciwstawić się zagrożeniu. Znajomych, nie tylko ze swojego życia, po śmierci też zawiera się znajomości. Dobre duchy często oddają swoją energię ciałom astralnym żywych (bo właściwie tylko z nimi mogą wchodzić w bezpośredni kontakt), ponieważ mają jej w nadmiarze, czerpiąc bezpośrednio ze źródła świetlistej energii, jednak mogą ją wykorzystywać tylko do działania na płaszczyźnie astralnej.

Siła ducha zależy od siły jego osobowości, jaką miał za życia. Jednak najważniejszą jest chwila śmierci. Dlatego bardzo silne są duchy samobójców, bo samobójstwo wymaga ogromnej odwagi lub desperacji. Bohaterska śmierć też jest pewnym rodzajem samobójstwa, bardzo szlachetnego, czyni z człowieka silnego i dobrego ducha. Niestety, ludzie, którzy zmarli w wielkich cierpieniach, np. byli torturowani, często stają się wściekłymi na cały świat, złymi duchami. Generalnie, dobrzy ludzie stają się dobrymi duchami, źli złymi. Takie dobre duchy potrafią nawet obcych ludzi nakrywać kołderką, żeby nie zmarzli, kiedy się odkryją w nocy. Przede wszystkim, alarmują żywych, gdy dzieje się coś złego – „Coś kazało mi spojrzeć w górę i zobaczyłem, że dach się pali.” oraz przeganiają od nich złe duchy.

Przypisy:

1Stąd mamy postaci materii: plazmę, lotną, ciekłą, stałą i bezpostaciową (sadza – węgiel bezpostaciowy).

Książka, wstęp i dwa fragmenty

O publikowałam trzy fragmenty mojej książki. Pierwszy to wstęp (poniżej), drugi opowiada o  czterech warstwach duchowości człowieka, trzeci przedstawia organizację społeczną. Większa część książki to chronologicznie opowiedziana historia Słowian aż do wprowadzania chrześcijaństwa i feudalizmu na nasze tereny. Początek, od małpy, która zeszła z drzewa, do półwyspu Sund, opisuje dzieje całej ludzkości. Przedstawione w niej fakty oraz wnioski wynikają przede wszystkim z wiedzy o genetyce (zaczynam od hg A i Kamerunu), archeologii, kronik i innych zapisków starożytnych. W mniejszym stopniu z innych dziedzin nauki. Oczywiście w trakcie opowiadania dziejów staram się opisać, na ile współczesna wiedza pozwala, jak ci ludzie byli ubrani, co jedli, jak mieszkali, jakie były codzienne realia ich życia, jak wyglądał otaczający ich świat. Znajdą się w niej też niewielkie dodatki o wierze, ustroju i obyczajach, tak, aby uzmysłowić czytelnikom, co było fundamentem i motorem sukcesów Słowian. Właśnie z tych działów pochodzą dwa z opublikowanych tu fragmentów. Wybrałam je dlatego, iż historia, genetyka, lingwistyka, archeologia są ciągle wałkowane na naszych blogach, natomiast tematyka ezoteryki, a tym bardziej ustroju, pojawia się dość niszowo. Mam nadzieję, że sprowokuje to dyskusje na te tematy.

***

W recenzji jakiejś książki, przeczytałam coś, co spodobało mi się tak bardzo, że to zapamiętałam, i czasem powtarzałam innym. Niejedna osoba powiedziała mi, że to pasuje do Polaków lub Słowian. Brzmiało mniej, więcej tak:

„Jest to opowieść, o ludziach tak odważnych, że poszli w tany z samą śmiercią,

O ludziach tak szalonych, że uwiedli fortunę,

Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz,

Tak hojnych, że za przyjaciół, płacili tylko własną krwią i życiem.”

Rzeczywiście, opowieść o Słowianach, to opowieść o ludziach, tak odważnych, że chętnie idących w tany ze śmiercią, tak szalonych, że wielokrotnie swoją szaleńcza odwagą i hucpą, uwodzili fortunę, dokonywali rzeczy, zdawałoby się niemożliwych, to opowieść o ludziach, od tysięcy lat plujących, różnym mniejszym i większym „diabłom” w twarz, to opowieść o ludziach, którzy za ważne dla nich sprawy, hojnie płacili własną krwią i życiem.

Jednak to tylko cześć prawdy o Słowianach, ponieważ fortunę częściej uwodzili pracowitością, sumiennością, pomysłowością, różnego rodzaju bohaterstwem dnia codziennego, zwykłych, szarych ludzi, niż szaleńczą brawurą na bitewnych polach. Opowieść o nich to opowieść o świecie wynalazków. To opowieść o kulturze kreatywności, płodności i gospodarności. Opowieść o specyficznej, demokratycznej organizacji społecznej, która pozwala masom, równie łatwo się zjednoczyć, jak i rozpaść. To opowieść o cywilizacji ducha, porównywalnej tylko z indiańską. Opowieść o ludziach, których ziemia była świątynią a życie modlitwą. To opowieść, o wzlocie wyjątkowej w dziejach świata grupy etnicznej, jedynej licznie występującej na dwóch kontynentach. O grupie etnicznej, która zajęła najlepsze w Starym Świecie, a może i w ogóle na świecie, tereny do życia. Wyrwała je jeszcze lodowcowi, a potem przez tysiące lat umiała obronić. O wzlocie trwającym bardzo długo, przez tysiące lat, który odcisnął niesamowite piętno na dziejach świata, tak, że trudno dziś sobie wyobrazić, jak świat by wyglądał, gdyby kiedyś nie szaleli po nim Słowianie. O ludzie z wyjątkowo bogatą historią, która została im wymazana ze świadomości lub przywłaszczona przez innych. To opowieść o równie bezprzykładnym upadku, upadku bardzo nisko. To opowieść o zwycięzcach, którzy stali się przegranymi. O bogach, co zostali niewolnikami. O bogaczach, klepiących biedę, ponieważ nie wiedzą, że są bogaci. O tym jak mądrzy zgłupieli. O tym jak gospodarni zniszczyli swoją gospodarkę. O tym, jak cywilizacja ducha zmieniła się w antycywilizację „róbta, co chceta”.

Dragomira Płońska

O podręczniku Dragomiry

Czytając tylko prace R. Steinachera – „Die Geschichte der Antike aktuell: Methoden, Ergebnisse und Rezeption” (Aktualna historia starożytna: Metody, wyniki i recenzje) oraz Alissy Mittnik – „The Genetic History of Northern Europe” (Genetyczna historia Północnej Europy) dochodzi się do wniosku, że naukowcy zachodni poszli daleko do przodu w odkrywaniu dziejów ludów Północy, a zwłaszcza Słowian.

Jednocześnie zauważa się, że nasi rodzimi naukowcy, zwłaszcza historycy zatrzymali się na podstawach historii XIX w. Mało tego, polscy historycy otoczyli się murem wyparcia i wręcz ignorują nowe wiadomości o odkryciach z Zachodu.

Trudno zrozumieć postawę polskich historyków. Nie są to już wpływy polityki niemieckiej, bo same prace naukowców niemieckich zaprzeczają takiej tezie. Prace te wyraźnie wskazują na odwieczne zasiedlenie Europy przez Słowian. Jednocześnie zaprzeczają one teoriom allochtonistów o Słowianach z VI w., z nad prypeckich bagien.

Zatem, czy jest to już tylko obawa, że dotychczasowe, historyczne prace doktorskie i habilitacje profesorskie są bezwartościowe? Zaś ich jedynym miejscem spoczynku jest śmietnik?

Motywacja historyków jest bardzo silna i zrobią wszystko, aby nie dopuścić do swojego wykluczenia. Widać to nawet po różnicach między polskojęzycznymi publikacjami historycznymi w wikipedii, a publikacjami historycznymi w wikipediach o innych językach. Obcojęzyczne publikacje historyczne na temat Słowian są drastycznie odmienne. Przede wszystkim, w większości przypadków, nadążają one za nowymi odkryciami pokrewnych dyscyplin naukowych: genetyki populacyjnej, antropologii oraz zachodniej archeologii.

Z tej pozycji dochodzi się do wniosku, że polskojęzyczna wikipedia historyczna pełni rolę dezinformacji Polaków, a wręcz destrukcji w umysłach młodego pokolenia.

Program szkolny dotyczący historii Słowian nie różni się od funkcji polskojęzycznej wikipedii. Już w szkole podstawowej oraz gimnazjum naucza się historii na podstawach XIX wiecznej nauki. Nie dość, że program nauki historii jest mocno ograniczony, to ciągle pokutują w nim teorie allochtonistów i goebbelsowskiej propagandy.

Dzieje Słowian są z pełną premedytacją ukrywane, a nawet nadal wymazywane lub zakłamywane.

Czemuż tu się zresztą dziwić, jeżeli sami nauczyciele nic właściwie nie wiedzą o starożytnych dziejach Słowian, a zapytani przez dociekliwych uczniów stają bezradni. Właściwie interesuje ich jedynie realizacja programu szkolnego, który niewiele mówi o Słowianach. Nie mają  źródeł i czasu na dokształcanie się w tym temacie, nawet posiadając takie potrzeby własne.

Mało tego, opór historyków polskich oraz ludzi o poglądach allochonicznych jest tak wielki, że każde odmienne poglądy na temat historii Słowian są natychmiast wyszydzane przez nich.

Podejmowane są różne akcje dyskredytujące krzewicieli wiedzy o Słowianach.

Nie jest to jedyne źródło oporu przed nowym kształtem historii Słowian. Kościół katolicki odgrywa tu też swoją destrukcyjną i wyszydzającą rolę. Wyraźnie widać, że kk jest wysoce przeciwny edukacji Polaków o starożytnych dziejach Słowian.

Dlaczego? Ponieważ szybko okaże się, że chrześcijaństwo i kk nie stworzyli w tzw. 966 r. Narodu Polskiego, zaś chrześcijaństwo i jego kościoły nigdy nie były przyjazne Słowianom, a wręcz wrogie. Chrześcijaństwo, zaś wprowadzono nie za powszechną zgodą, lecz na mieczach, stosach i morzu przelanej, niewinnej krwi Słowian.

Z różnych przyczyn i interesów, środowiskom prawicowym oraz lewicowym nie jest na rękę wiedza o Słowianach.

Doszło do tego, że wiadomości o nowych odkryciach naukowych propagowane są głównie przez pasjonatów, historyków amatorów. To właśnie ci pasjonaci krzewią wśród młodzieży nowe wiadomości o dziejach Słowian. Odczyty w instytucjach publicznych oraz wykłady na zajęciach poza lekcyjnych skupiają coraz więcej zainteresowanej młodzieży. Jest to głównie już młodzież gimnazjalna i licealna. Chłoną nową wiedzę jak gąbka i zaczynają zadawać bardzo szczegółowe pytania. Wykładający musi już być bardzo dokładnie przygotowany, bo zdawkowe odpowiedzi nie zadowalają słuchaczy. Padają pytania: gdzie swoją wiedzę można poszerzyć, jakie książki na ten temat można przeczytać?

Jeszcze istnieje spora grupa młodzieży otumanionej programem szkolnym i naukami kościoła. Czasami są to bariery nie do przebycia. Pod wpływem nabytej wcześniej wiedzy następuje wyparcie i próba zaprzeczenia nowej wiedzy. Jednak ilość młodzieży łaknącej tej nowej wiedzy, cały czas rośnie. Widać już, że istnieje szeroka potrzeba wielu publikacji o prawdziwych dziejach i pochodzeniu Słowian.

Poglądy zawodowych historyków, działających za publiczne pieniądze, jeszcze długo nie zmienią się. Oni wciąż będą bronić swojego bastionu starej bezużytecznej wiedzy, a zwłaszcza swoich kryształowych wież. Długo będziemy czekać na profesjonalne podręczniki historii zawierające prawdziwe dzieje Słowian, zgodne z nowymi odkryciami interdyscyplinarnych nauk.

A potrzeba nagli. Może się okazać, że w niedługim czasie zmieni się koniunktura dla wiedzy o Słowianach. Nastąpi możliwość organizowania szkół o profilu słowiańskim oraz odpowiednim programie nauczania. Wtedy nastąpi natychmiastowa potrzeba stworzenia odpowiednich podręczników, których niestety nie będzie. Znowu będziemy tracić czas na napisanie nowych podręczników oraz wydanie ich.

Problem ten jest szeroko dyskutowany w środowisku słowiańskim, a tym bardziej na internetowych blogach o tematyce słowiańskiej.

Temat potrzeby pisania nowych podręczników szkolnych o szerokim wachlarzu wiedzy historycznej, archeologicznej, językoznawczej i genetycznej, wielokrotnie podejmowały blogi: Czesława Białczyńskiego, Tomassusa, Skryby, Dragomiry i inne.

Jednak sama dyskusja nie wystarczy. Potrzebne jest wytężone działanie. Ciągle mamy jeszcze czas na przygotowania.

Jedyną radą na ten stan rzeczy jest pisanie samemu nowych podręczników do historii Słowian, bez oglądania się na profesjonalnych historyków.

Posiadamy już potężną wiedzę o dziejach Słowian. Na pewno będą przychodzić jeszcze nowsze odkrycia, które uzupełnią wiedzę podręczników. Program nauczania w tej kwestii powinien być bardzo elastyczny i nastawiony na nowe wiadomości.

Każdy, z nas, kto czuje się na siłach, posiada lekkie pióro oraz odpowiedni zasób wiadomości historycznych, powinien zmierzyć się z tym tematem i pokusić o napisanie takiego podręcznika dziejów Słowian. Powinien to być podręcznik napisany prostym i zrozumiałym językiem. Ma trafić przede wszystkim do młodzieży, zatem nie należy się silić na zbytnią naukowość.

Nie należy tu się obawiać krytyki ze strony profesjonalistów, a tym bardziej przygodnych hejterów. Ci zawsze będą marudzić, sami nic nie robiąc. Teksty i wiadomości możemy zawsze przedyskutować i poprawić. W ten sposób zyskamy czas na sukcesywny wydruk. Dzięki temu pojawi nam się nowy program szkolny. 

Wiem, że Dragomira pisze właśnie taki podręcznik o dziejach Słowian. Zbliża się nawet ku jego końcowi.

Główna część tej książki to chronologicznie opowiedziana historia – od małpy, która zeszła z drzewa do półwyspu Sund – dziejów człowieka. Od Sundu do początków wprowadzania chrześcijaństwa w Europie – dziejów Słowian. Historia ta wynika przede wszystkim z wiedzy o genetyce (zaczyna od hg A i Kamerunu), archeologii, kronik i innych zapisków starożytnych, faktów historycznych, w mniejszym stopniu wynika też z innych dziedzin nauki, mianowicie, lingwistyki, geologii, klimatologii, zoologii (np. z zoologicznego punktu widzenia udomowienie kozy w Mezopotamii nie było fizycznie możliwe, bo nigdy nie żyli tam jej dzicy protoplasci, było to możliwe tylko i wyłącznie w Alpach, na Kaukazie i w Tybecie). Umiejscawianie początków rolnictwa na rzekomo Żyznym Półksiężycu też jest niedorzeczne z rolniczego punktu widzenia. Tu kłania się gleboznawstwo.

Po za tym niewielkie dodatki o wierze, ustroju i obyczajach, tak, aby uzmysłowić czytelnikom, co było fundamentem i motorem sukcesów Słowian. Oczywiście w trakcie opowiadania dziejów stara się też opisać, na ile współczesna wiedza pozwala, jak ci ludzie byli ubrani, co jedli, jak mieszkali, jakie były codzienne realia ich życia, jak wyglądał otaczający ich świat.

To, że Dragomira już pisze książkę o dziejach Słowian, która ma się stać formą podręcznika szkolnego, wcale nie oznacza, aby nie podejmować pisania innych wersji takich podręczników.

Każdy punkt widzenia się przyda, a czytelnicy rozsądzą, który jest lepszy.

Aby propagować tą wiedze potrzebnych jest wiele książek, różnych autorów, napisanych w różny sposób, od podręczników po beletrystykę. Zaczęliśmy od blogów, teraz przyszedł czas na książki i szkoły, potem będą kolejne kroki.

Zatem, do dzieła siostry i bracia Słowianie, kto się czuje na siłach!

A kiedy przyjdzie czas, będziemy gotowi do działania.

Adam Smoliński

Dawne źródła historyczne łączące Wenedów, Wandalów i Słowian

Autorskie słowo wstępne do artykułu „Dawne źródła historyczne łączące Wenedów, Wandalów i Słowian” :

Jak już informowały portale „Białczyński”, „Skribh” i „Zapomniana Lechia” Dragomiry w dniu 19 stycznia br. odbyło się spotkanie promujące czwarty numer Rocznika Polskiego Towarzystwa Historycznego – Oddział w Gorzowie Wielkopolskim pt. „Forum Historyczno-Społeczne”. Po raz pierwszy w Roczniku tym znalazł się artykuł mojego autorstwa. To wielkie wyróżnienia i szansa na dotarcie z zatajoną najstarszą historią ziem polskich do szerszego, zupełnie nowego grona odbiorców, w tym do muzeów, szkół, bibliotek czy nauczycieli historii.

Spotkanie odbyło się w zaplanowanym terminie w siedzibie Muzeum Lubuskiego im. Jana Dekerta w Gorzowie Wielkopolskim przy ul. Warszawskiej 35. Przybyło na nie ponad 70 osób, w tym radna miasta Gorzowa, dyrektor Archiwum Państwowego w Gorzowie, pracownicy naukowi, pasjonaci historii. Gospodarzami spotkania byli: Wojciech Popek – dyrektor Muzeum Lubuskiego im. Jana Dekerta oraz Paweł A. Leszczyński – doktor habilitowany nauk prawnych, profesor nadzwyczajny Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie, prezes Polskiego Towarzystwa Historycznego – Oddział w Gorzowie Wielkopolskim, prywatnie mój kuzyn.

Numer 4 Rocznika posiada aż 230 stron i składa się z czterech rozdziałów:

– Z kart historii dalekiej i bliskiej

– Państwo, bezpieczeństwo i prawo w relacjach międzynarodowych

– Życiorysy utrwalone w pamięci

– Recenzje i omówienia

Każdy z rozdziałów zawiera cztery artykuły, jedynie ostatni „Recenzje i omówienia” zawiera ich trzy. Podczas spotkania każdy z autorów miał możliwość przedstawienia swojego artykułu i jego omówienia podczas kilkuminutowego wystąpienia. Ponieważ mój artykuł znalazł się pierwszy w Roczniku, to jako pierwszemu spośród autorów przypadł mi zaszczyt omówienia artykułu.

Po spotkaniu miało miejsce zdarzenie, które mnie zaskoczyło. Podeszło do mnie łącznie 5 osób, wszyscy przedstawili się, jako czytelnicy blogu Czesława Białczyńskiego, którzy o spotkaniu dowiedzieli się właśnie z tegoż blogu. Wywiązała się między nami dyskusja na temat historii, pochodzenia Słowian, nowych badań i odkryć. Rozmowa była na tyle długa, że nie zauważyliśmy, iż po jakimś czasie nasza sześcioosobowa grupka pozostała jako jedyna na sali. Później, gdy już salę zaczęto sprzątać, nasza rozmowa przeniosła się na główny hall muzeum, które mieści się w przedwojennej willi landsberskiego fabrykanta. Stąd obecna nazwa pochodząca od jego nazwiska – „Willa Schrödera”.

W tym miejscu chciałbym podziękować tym przybyłym specjalnie na spotkanie osobom, zwłaszcza tym którzy do Gorzowa przebyli drogę 60, a nawet 100 kilometrów. Zatem dziękuję: pani Małgorzacie i panu Teofilowi z Torzymia, panu Tomkowi spod Krosna Odrzańskiego oraz panu (o ile dobrze pamiętam imię) Danielowi i jego córeczce Łucji z Gorzowa. Specjalne podziękowania kieruje do Dragomiry, która wpadła na pomysł poinformowania o spotkaniu na swoim blogu i poprosiła panów Białczyńskiego i Skribhę, aby podobną informację zamieścili na swoich blogach. Za to dziękuję również im. Na koniec chciałbym podziękować mojemu kuzynowi dr hab. Pawłowi A. Leszczyńskiemu, który znając moją pasję związaną z historią Słowian sam zaproponował mi opublikowanie artykułu na ten temat w Roczniku PTH, czym mnie mocno i zarazem mile zaskoczył.

Artykuł „Dawne źródła historyczne łączące Wenedów, Wandalów i Słowian” jest kompilacją moich dwóch artykułów, które opublikowałem wcześniej na portalu taraka.pl : „Wenedowie, Wandalowie i Słowianie” oraz „Źródła pisane o pochodzeniu Słowian i Polaków”. Jednak w przeciwieństwie do nich, artykuł z Rocznika PTH zawiera nowe informacje na ten temat i jest bardziej uporządkowany. Zdecydowanie mniej jest w nim moich komentarzy, które jednak wstawiłem na początku i w konkluzji na końcu tekstu.

Życząc miłej lektury, przedstawiam poniżej skany artykułu z Rocznika PTH.

Adrian Leszczyński

fhs-1

fhs-2

fhs-3

fhs-4

fhs-5

fhs-6

fhs-7

fhs-8

fhs-9

fhs-10

fhs-11

fhs-12

fhs-13

fhs-14

fhs-15

fhs-16

fhs-17

fhs-18

fhs-19

fhs-20

fhs-21

fhs-22

fhs-23

fhs-24

fhs-25

fhs-26

Spotkanie z Adrianem Leszczyńskim

W czwartek 19 stycznia 2017 r. o godzinie 17:00 w siedzibie Muzeum Lubuskiego im. Jana Dekerta przy ul. Warszawskiej 35 w Gorzowie Wielkopolskim odbędzie się spotkanie autorskie promujące Rocznik Polskiego Towarzystwa Historycznego Oddziału w Gorzowie Wlkp. pt. „Forum Historyczno-Społeczne nr 4/2016”. Zawiera kilkanaście artykułów, pierwszy jest Adriana Leszczyńskiego, ponieważ Rocznik został ułożony chronologicznie a jego opowiada o czasach najdawniejszych. Nosi tytuł „Dawne źródła historyczne łączące Wenedów, Wandalów i Słowian”, jest kompilacją dwóch starych artykułów, opublikowanych wcześniej na Tarace („Wenedowie, Wandalowie i Słowianie”; „Źródła pisane o pochodzeniu Słowian i Polaków”), zawiera jednak dużo mniej polemiki i interpretacji, ale za to nieco więcej faktów, które w czasie pisania tamtych nie były jeszcze znane. Rocznik jest rozpowszechniany za darmo w niewielkim nakładzie (ponad 300 sztuk) głównie wśród lokalnych i niektórych ogólnopolskich muzeów, a także wśród znajomych osób zajmujących się sprawami historycznymi (lokalne media, instytucje, szkoły, nauczyciele historii, biblioteki). Na spotkaniu będą obecni autorzy artykułów, z których niemal każdy (kilku odmówiło prelekcji) ma w kilku słowach opowiedzieć o swoim artykule. W przypadku chęci ze strony publiki, przewidziane jest zadawanie pytań. Osoby z publiki zadawać pytania mogą na postawie tego, co autor powiedział lub mogą być ogólne związane z daną tematyką. Pierwszy wypowiadał się będzie Adrian. Wstęp wolny.

Prawdopodobnie będą admini miejscowych portali internetowych. Inne media (TV, radio, prasa) nie są przewidziane. W tym celu ma być inne spotkanie w mediach, w tym w lokalnej telewizji, ale tam będą występowały osoby, które są pomysłodawcami i głównymi animatorami Roczników.

Nie jest to już pierwszy publiczny występ Adriana w temacie Słowian i ich przeszłości, tylko drugi. Parę miesięcy temu miał wykład w gorzowskim Ośrodku Kultury. Z winy organizatorów była bardzo mała frekwencja. Jednak wśród tych nie wielu osób było duże i pozytywne zainteresowanie a prelegent wypadł bardzo dobrze.

Dragomira

Pozdrowienia od turbosłowian dla cebulactwa z kompleksem niższości i mentalnością parobka

prawda-nie-ujrzy-swiatla-dziennego-ostatnie-wzmianki-o-imperium-lechitow-zniszczone-andrzej-duda

Każdy Seba Cebulak wie, że w 966 roku Polska spadła z nieba wraz chrzcielnicą gnieźnieńską. Wcześniej był tu tylko las a po nim ganiali ludzie z łukami. Ubierali się w podarte worki, jak to pięknie pokazano w filmie „Stara baśń. Kiedy słońce było bogiem.” Film zresztą na pewno jest podkoloryzowany i przedstawia wszystko lepiej niż było w rzeczywistości. Tak naprawdę homnidy, które tu krążyły, mieszkały w ziemiankach z łajna mamuta, ogryzały surowe kości, nierzadko swojego sąsiada, wyły do księżyca, tańczyły dookoła ognisk, gdy już bardziej cywilizowane nacje nauczyły ich je rozpalać i od czasu do czasu waliły się nawzajem maczugami po skołtunionych łbach, ot tak w celach rozrywkowych. Wtedy pojawił się Mieszko, kościół, Czesi, Niemcy oraz wikingowie i stworzyli tutaj państwo w ciągu kilku tygodni, może miesięcy. Każdy Seba o tym wie i wydaje mu się to normalne.

1462999738_84qchy_600

Jednak nie wszyscy są prawomyślnymi entelygentami. Są jeszcze oszołomy. Nazywamy ich Turbosłowianami. Ci idioci uważają, że Biskupin zbudowali Słowianie; że w ogóle coś zbudowali. Opowiadają jakieś bajdy o tym jakoby plemiona lechickie zamieszkiwały wschodnie Niemcy. Że niby wcale nie przyszły z Rosji ani z Indii. Mało, oni twierdzą, iż w starożytności były tu jakieś zakłady hutnicze, tekstylne, kopalnie. Ale jaja! Powaga! Widać można mieć tak narąbane w głowach. Głupich nie siejo, same sie rodzo. Gorzej, oni serio gadają, że pierwsze sery zostały wykonane na Kujawach. Pierwsze koło też na Kujawach wymyślono. Na tym etapie to już trzeba człowieka chyba hospitalizować. Liczba Turbosłowian rośnie, więc niepokoi mnie czy psychiatryki nastarczą przyjmować – myśli sobie Seba Cebulak.

comment_6xkaxupir2in5ajk9jarj4lwcldlikka

Tymczasem to tok rozumowania Seby Cebulaka, przy optymistycznym założeniu, że w ogóle od czasu, do czasu zachodzą w nim jakieś procesy myślowe, jest klinicznym, podręcznikowym przykładem kompleksu niższości i mentalności parobka. Pan Cebulak jest produktem wielu celowych i przypadkowych zabiegów socjotechnicznych, odbywających się w naszym kraju od setek lat. Jego bardzo odlegli przodkowie byli ludźmi wolnymi i myślącymi. Później jego trochę bliższych przodków spauperyzowano, zwłaszcza w czasach zaborów, sprowadzono egzystencjalnie i mentalnie do poziomu pół zwierząt, wołów roboczych.

12108249_696776163756602_1838554115463714903_n

W międzywojniu narodowcy zapoczątkowali proces robienia z nich na powrót ludzi, pełnoprawnych, odpowiedzialnych, myślących obywateli. Następnie komuna spędziła ludzi do bloków. Ludzi bardzo różnych, o różnej przeszłości, z różnych regionów kraju. Oderwała ich od korzeni, po czym zaczęła z nich tworzyć ujednolicony typ homo sovieticus. Ten typ człowieka bardzo wstydził się swojego pochodzenia, najczęściej ze wsi, babć i matek analfabetek. On był już miastowy i wykształcony, po zawodówce, po technikum, po studiach. Nie babrał się w gnoju, miał dobrą pracę w fabryce, w biurze. Jeździł na urlop nad morze, w góry, a nawet do Bułgarii. Ten wstyd odnośnie przeszłości i przodków przekazał swoim potomkom.

b9ebf3d4d7933f13378f92338d27aa24

Ludzie tej rasy mają głęboko w podświadomości zakodowane, że ich przodkowie byli bydłem, którego należy się wstydzić i na pewno nie mogli dokonać niczego, z czego mogliby być dumni. Do tego dokłada się, również o komunistycznym rodowodzie, bezkrytyczny zachwyt nad Zachodem i wszystkim, co Zachodnie. Na szczęście ten zachwyt już słabnie, ale kompleks  niższości wobec Zachodu pozostał. Na Zachodzie wszystko jest lepsze, pierwsze, starsze i bardziej błyszczące. Ich trawa jest zieleńsza, a kwiaty ładniej pachną.

c1a38cfe945916905be21407ffd1d3b3

Media oraz politykierzy koncertowo grają na tych kompleksach. Prześcigają się w mówieniu Polactwu, co jest jewropejskie, a co zaściankowe, burackie, wsioskie. Mówią entelygentowi, co ma myśleć, mówić i jak się zachowywać. Jeśli entelygent spełnia te oczekiwania, to dają mu marchewkę, głaszczą po główce mówiąc: „Dobry entelygent, dobry, taki jewropejski.”. Jeśli nie spełnia, to walą go kijem: „Buraku, ty polska pyro, słoma Ci z butów wyłazi, chamie w gumofilcach.” Im bardziej świeżej daty entelygent, tym bardziej się wstydzi, kładzie uszka po sobie, daje sobą sterować.

1253757ee0d8be91cd5ce39838d01b92

Ot i cała prawda o Sebie Cebulaku z Koziej Wólki. O pardon, z Kabat w Łorsoł.

1582r9h

Nawet, jeśli robi śliczną karierkę w korpo, to i tak ten markowy garniaczek ma kompleksami podszyty. Kompleksami, za które wodzą go tak, jak jego dziad wodził byka za kółko w nosie. Im bardziej to próbuje ukryć, tym bardziej słoma mu z mokasynów wyłazi.

2000lat-temu-lechickie-polskie-wojska-podbic582y-chazarc3b3w

813341f77c0519941ab1e9d018131337

a735e3a5b7bc855210b2de1e81204eb7-png

comment_0i4brmatvr1lzyynkdjoklw1jhspttbt

comment_nb2zhs9o1o4jbtglnphyurhf4fclwg39

fad02067516f2cef1eed97ce36af287b

jesli-w7ielkie-imperium-lechitow-reprezentowalo-tak-wysoki-i-zawansowany-poziom-cywilizacyjny

jesli-wielkie-imperium-lechitow-reprezentowalo-tak-wysoki-i-zawansowany-poziom-cywilizacyjny

1458594942_juonl2_600

Z pozdrowieniami od Turbosłowian dla cebulactwa z kompleksem niższości i mentalnością parobka!!!

d15c4d30e2f7da8ef9138e698c724ad1

Dragomira